Czy Palestyńczycy rzeczywiście chcą własnego państwa?

Dzięki uprzejmości Dyrekcji środkowoeuropejskiego biura AJC w Warszawie i Pani Dyrektor Eleny Poptodorovej, przedstawiamy Państwu nieoficjalne tłumaczenie artykułu autorstwa Davida Harrisa, Dyrektora Generalnego AJC, który został opublikowany przez Huffington Post 25 grudnia. Artykuł jest reakcją na głosowanie Rady Bezpieczeństwa ONZ, które odbyło się 23 grudnia 2016 roku i dotyczyło Rezolucji 2334 (2016) odnoszącej się do izraelskich osiedli na palestyńskim terytorium okupowanym od 1967 roku.

The Huffington Post

25 grudnia 2016

Czy Palestyńczycy rzeczywiście chcą własnego państwa? Przy całym zamieszaniu w kwestii głosowania Rady Bezpieczeństwa ONZ z 23 grudnia br., kiedy to 14 krajów poparło krytyczną względem Izraela rezolucję, a Stany Zjednoczone zerwały z długoletnią praktyką weta i wstrzymały się od głosu, kwestia palestyńskich interesów i postępowania została całkowicie pominięta.

Niesłusznie – bo to jest właśnie klucz do całej sprawy.

Na przestrzeni ostatnich nieomal 70 lat, Palestyńczycy nie tylko odrzucali po kolei wszystkie oferty pokojowego rozwiązania, ale także – niestety – ich nieprzemyślane działania jeszcze bardziej zmniejszyły szansę na jakiekolwiek porozumienie w przyszłości.

Piątkowa rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ stanowi tego dosadny przykład.

Jeśli celem rezolucji było zwiększenie szans na państwo palestyńskie obok (ale nie zamiast!) Izraela, odniosła ona kompletną porażkę, mimo prawie całkowitej jednomyślności głosujących. Dyplomaci, którzy pospiesznie gratulowali wyniku – pozwolę sobie pominąć tu zbójeckie kraje pokroju Wenezueli, które nie wnoszą nawet krztyny dobrej woli do ONZ – powinny zastanowić się nad tym, co faktycznie uzyskały.

Jeśli celem było napiętnowanie Izraela, co dla zbyt wielu członków ONZ jest długoletnią tradycją, to mogą wypiąć dumnie pierś nawet jeśli – niestety – swą surową kontrolą obejmują jedyny demokratyczny naród na Bliskim Wschodzie. Natomiast ci, którzy rzeczywiście opowiadają się za wizją pokoju, dokonali ogromnego kroku w tyłu, po raz kolejny wpadając w palestyńską pułapkę.

W tym momencie trzy sprawy powinny jawić się jako więcej niż oczywiste.

Po pierwsze, sednem konfliktu nie jest izraelskie osadnictwo, które bez wątpienia stanowi kwestię sporną, lecz odmowa przez stronę palestyńską zarówno uznania państwowości Izraela, jak i negocjowania w dobrej wierze warunków długotrwałego pokoju. Tak było w latach 1947-48, kiedy ONZ wysunęło propozycję rozwiązania dwupaństwowego; tak było w roku 1967; w latach 2000-2001; w 2008 r.; podczas dziesięciomiesięcznego okresu zamrożenia osadnictwa (październik 2009 r.) ustanowionego przez premiera Netanjahu na prośbę Amerykanów; oraz w latach 2013-14, w czasie ostatniej próby bezpośrednich rozmów bilateralnych pod egidą USA.

Dowodów na ciągłe odrzucanie przez stronę palestyńską wszelkich ofert jest wiele. Oto jeden z zaskakujących komentarzy, wciąż tak samo prawdziwy jak w 2003 r., gdy ambasador saudyjski w Stanach Zjednoczonych w wypowiedzi dla The New Yorker stwierdził: “Serce mi się krajało, gdy Arafat nie przyjął oferty (stworzenia dwóch państw, inicjatywa Izraela przy poparciu USA z 2001 r.). Od 1948 r. mówimy ‘nie’ na cokolwiek, co by nam proponowano. Potem mówimy ‘tak’, ale jest już za późno i musimy się godzić na jeszcze mniej. Czy nie czas już powiedzieć ‘tak’?”

Zamiast obsesyjnie i nieustannie koncentrować się wyłącznie na postępowaniu Izraela, czemu członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ nie proszą Palestyńczyków o wyjaśnienie, dlaczego przez siedem dekad unikali rozwiązania konfliktu na warunkach zadowalających obie strony?

Po drugie, Palestyńczykom najwyraźniej bardziej odpowiadają podchody dyplomatyczne, albowiem zamiast zasiąść do stołu negocjacyjnego starają się umiędzynarodowić konflikt. Może to doprowadzić do krótkofalowych zwycięstw, zważywszy na to, że liczbowo przewagę ma Liga Arabska, Organizacja Współpracy Islamskiej oraz Ruch Państw Niezaangażowanych, nie wspominając już o rozlicznych członkach ONZ praktykujących sztukę politycznego oportunizmu, którzy powinni się opamiętać. Ale dokąd to zaprowadziło Palestyńczyków? Dokładnie donikąd – pod warunkiem, rzecz jasna, że celem jest stworzenie państwa palestyńskiego obok Izraela.

Co więcej, takie podejście doprowadziło tylko wielu Izraelczyków do przekonania, że liderzy palestyńscy nie są zainteresowani znalezieniem rozwiązania, a tylko dalszą walką. Chociaż powinno być już więcej niż jasne, że państwo Izrael jest silne i staje się coraz silniejsze, a rojenie, że Izrael upadnie na kolana i ulegnie presji jest jedynie fantazyjną mrzonką.

Wreszcie po trzecie, czy odpowiedzialni członkowie społeczności międzynarodowej nie powinni na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć się bliżej sposobom, w jaki najlepiej można zapewnić pokój?

Izrael podpisał trwałe traktaty pokojowe z Egiptem i Jordanią; w obu przypadkach odbyło się to nie za pośrednictwem Narodów Zjednoczonych, a dzięki bezpośrednim rozmowom. Izrael zgodził się na bezprecedensowe cesje ziem zdobytych w wyniku wojny obronnej 1967 roku, ale w oparciu o przekonanie, że prezydent Egiptu Sadat oraz jordański król Hussein szczerze postanowili poniechać konfliktów zbrojnych z państwem żydowskim.

Każdy sondaż izraelski wykazuje, że większość obywateli popiera rozwiązanie dwupaństwowe, ale równocześnie bardzo sceptycznie podchodzi do szczerości zamiarów palestyńskich. Zresztą dlaczego Izraelczycy nie mieliby mieć takich wątpliwości? Prezydent Autonomii Palestyńskiej Abbas, sprawujący 11. rok swą czteroletnią kadencję, sam sobie zaprzecza, twierdząc że szuka ugody, by zaraz nawoływać do przemocy, odmawiając rozmów z izraelskimi przywódcami, próbując zapędzić Izrael w dyplomatyczny kozi róg i przewodząc – jeśli można to tak nazwać – głęboko podzielonemu tworowi politycznemu (Zachodni Brzeg-Hamas).

Zamiast infantylizować Palestyńczyków i nadskakiwać im, podporządkowując się ich każdemu nieprzemyślanemu kaprysowi i wspierając przeciwskuteczne zachowania, czy nie czas najwyższy spojrzeć na sytuację z perspektywy obu stron (a nie tylko palestyńskiej), wyciągnąć wnioski z przeszłości i działać tak, by doszło do rzeczywistego postępu?

Gdy pojawią się palestyńscy przywódcy, którzy zrozumieją spuściznę prezydenta Sadata i króla Husseina, wyciągną otwartą – a nie zamkniętą – dłoń w stronę Izraela i dostrzegą niebezpodstawne wątpliwości Izraelczyków, których proces pokojowy nie może pominąć, to premier Netanjahu czy inny obrany przywódca Izraela okaże się partnerem skorym do rozmowy. Niech dowodem na prawdziwość tych słów będzie Menachem Begin, którego „jastrzębie” zaplecze polityczne nie predestynowało na oddanie szerokich połaci przestrzeni buforowej, złóż ropy naftowej oraz baz sił powietrznych na półwyspie Synaj – a jednak uczynił to wszystko co do joty mając na uwadze pokój z Egiptem.

Innymi słowy, lekcji historii mamy aż nadto, nawet jeśli obecnie w ONZ nie mamy aż nadto jej studentów. (Gdyby tam byli, wiedzieliby chociażby, że żaden izraelski rząd nie zgodzi się na absurdalne określanie jerozolimskiego Starego Miasta i Ściany Płaczu, jednego z najświętszych miejsc judaizmu, mianem „okupowanych terytoriów palestyńskich.”)

Głosowanie Rady Bezpieczeństwa ONZ z 23 grudnia 2016 roku zostanie zapamiętane jako pyrrusowe zwycięstwo Palestyńczyków i krok wstecz na drodze ku izraelsko-palestyńskiemu pokojowi.